Nie śpieszy mi się do ołtarza, do mieszkania razem również.
W momencie kiedy wyprowadziłam się z domu i zobaczyłam, że obiad nie robi się sam,
że pranie również samo nie wkłada się do pralki ani nie wyjmuje. Byłam i nadal
jestem zdana sama na siebie. Wszystko się wydaje takie proste kiedy się patrzy
na to z boku, a rzeczywistość jest brutalna.
Bierzemy odpowiedzialność za tę drugą osobę w stu procentach.
Nie można ukochanemu/ej zrobić na obiad kanapek czy też zupki chińskiej.
Przecież nie tego się chce dla ukochanego mężczyzny czy też ukochanej kobiety.
Wieczorem nie posiedzimy w wyciągniętej koszulce, tylko wskakujemy w seksowną
bieliznę/koszulkę nocną, aby go podniecić. Seks jest na tym etapie jeszcze
niesamowity, ale kosztem naszego ulubionego serialu, a na kolację już się nie zje
swojego ulubionego chlebka z masełkiem czosnkowym.
Mieszkanie razem to ogromna odpowiedzialność i ciągła obawa
o drugą osobę, dlaczego się spóźnia, czy nic się nie stało? Do tego trzeba
dojrzeć. Czasami nawet po pięciu latach związku nie ma się tej pewności czy
mieszkanie z partnerem jest odpowiednią rzeczą na jaką się decydujemy. Bo
wspólne noce i śniadanka nie zawsze wyglądają tak jak na ekranach telewizorów,
a my kobiety nie zawsze wyglądamy jak w reklamach.
Mieszkając razem widzi się wszystkie wady ukochanej osoby, porozrzucane skarpetki, bieliznę rzuconą nie tam gdzie trzeba, brudne naczynia. Lepiej mieszkać oddzielnie i szczęśliwie niż za szybko męczyć się ze swoimi wadami, co może doprowadzić do rozpadu związku przez głupotę, czego się nie chce.
Patrząc z perspektywy czasu, lepiej chyba było jak zza dawnych czasów panna mieszkała do ślubu z rodzicami. Potem wspólne mieszkanie nabierało zupełnie innego sensu, bardziej się to doceniało.
S.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz